Blog

Apel wielkanocny

Rozpoczęliśmy kwiecień gromkim Alleluja! w noc Wigilii Paschalnej. Zanim jednak zebraliśmy się wokół świecy paschalnej i poszliśmy w rezurekcyjnych procesjach, to stanęliśmy w kolejkach do sakramentu pojednania. Spowiednicy mieli pełne ręce roboty. Pamiętam, jak kiedyś powłócząc nogami wychodziłem z kościoła na Służewie po kolejnym dyżurze w konfesjonale podczas Wielkiego Tygodnia i natknąłem się na młodego mężczyznę, który krzyczał do telefonu: „Tak, jeszcze spowiadają! Przyjeżdżajcie!”. Nie wiedział biedak, że śmierć przeszła obok… Powstrzymała mnie wizja prasowych nagłówków: „Czy spowiedź może zaszkodzić? Szalony dominikanin zepchnął ze schodów niedoszłego penitenta!”. A wyspowiadać się trzeba, bo przecież Komunia święta wielkanocna – o czym pouczył nas Sobór Laterański IV (rok 1215), a przypomina aktualny Katechizm Kościoła Katolickiego (nr 2042) – to obowiązek każdego wiernego. Nie, wcale nie zamierzam utyskiwać na eucharystyczną oziębłość tych, którzy przyjęcie Ciała Pańskiego, traktują jako zwyczaj do odbębnienia, ani też podśmiechiwać się z tych, którzy ten zaszczytny obowiązek zamieniają na przyniesienie do kościoła – również raz do roku – koszyczka ze święconką. Od dłuższego czasu niepokoi mnie coś innego.

Oto ktoś klęka, patrząc na mnie z wyzwaniem: „Wiem, że tamuję procesję, ale ja przyjmuję Komunię właśnie na kolanach i co mi zrobisz?”. Osoby za nim tłumią westchnienia, lub przewracają znacząco oczami. Oto ktoś inny podchodzi i wyciągając nieśmiało dłonie, spogląda spłoszonym wzrokiem: „Da na rękę, czy będzie usiłował mi wepchnąć Hostię do ust? A może udzieli nagany?”. I tak, miast w radosnym skupieniu przeżywać najbardziej wyjątkowe spotkanie z Bogiem, ludzie zajmują się sobą: boją się, strzykają żółcią lub dokonują miniaturowych manifestacji. Z księżmi bywa nie lepiej: na własne oczy widziałem jak kapłan odmawiał udzielenia Komunii dopóki znajdujący się przed nim wierny nie powstał z kolan. A w latach osiemdziesiątych, podczas studiów w Krakowie, byłem pouczany, że jeśli ktoś, podchodząc do Komunii, wyciągnie dłonie, to – domniemywając, iż taka osoba nie może być Polakiem – należy z uśmiechem, ale stanowczo powiedzieć mu po angielsku: „Forbidden”, i dać do zrozumienia, żeby otworzył usta.

Tymczasem instrukcja Redemptionis sacramentum Kongregacji ds. Kultu Bożego poucza: „Wierni przyjmują Komunię świętą w postawie klęczącej lub stojącej, zgodnie z postanowieniem Konferencji Episkopatu, zaaprobowanym przez Stolicę Apostolską” (nr 90). A biskupi polscy, w roku 2005, postanowili jednogłośnie, że: „w Polsce Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś poprosi, gestem wyciągniętej dłoni, o Komunię św. na rękę, należy mu Jej w taki sposób udzielić”. W tym samym roku arcybiskup Stanisław Gądecki pisał w liście pasterskim: „Przepisy liturgiczne mówią o dwojakiej [postawie]: klęczącej bądź stojącej. W Polsce dozwolone są obydwie. Biskupi polscy zalecają procesyjne podchodzenie do stołu Pańskiego, gdyż wyraża ono lepiej istotę Eucharystii – pokarmu, który umacnia człowieka na drodze do wieczności”.

Dlaczego więc dajemy posłuch różnym harcownikom, którzy próbują nas przekonać, że przyjmując Komunię świętą na stojąco, lub na rękę grzeszymy ciężko i kara nas nie ominie? Przypominają się pseudo-objawienia maryjne w Oławie, gdzie rzekoma Matka Boża obwieszczała, iż kapłan, który by udzielał Komunii na rękę, lub osobom w postawie stojącej, choćby nawet dostąpił zbawienia, to jego palce, którymi tak podawał Ciało Pańskie płonąć będą w piekle. Prawdziwa łże-eschatologia! Czy zbezczeszczenia i świętokradztwa nie dokonywały się również wtedy, gdy powszechnie klękano przed balaskami zasłanymi białym obrusem? Czy ręce nasze naprawdę niegodne są dotykania Świętych Postaci, skoro godny jest język i żołądek?

Zwracam się więc do wszystkich z wielkanocnym apelem. Kochani siostry i bracia, którzy przyjmujecie Komunię na klęcząco, proszę, nie myślcie, że jesteście bardziej pobożni niż inni! A wy, którzy przyjmujecie Komunię na rękę – nie myślcie, że jesteście bardziej od innych wyrobieni teologicznie. Wy zaś, którzy przyjmujecie Komunię procesyjnie i do ust – jak większość – nie myślcie, że jesteście jedynymi normalnymi w tym całym towarzystwie! My zaś, kapłani, nie róbmy fochów, znieśmy trochę niedogodności wynikających z praw wiernych, bo nie jesteśmy właścicielami Eucharystii, ale jej sługami!

Niech ustaną wszelkie gniewy i spory, a pośrodku nas niech będzie Chrystus”. Chrystus, a nie nasze poglądy.

W drodze 4 (2018)

 

Idące po linie

Widzieliście kiedyś człowieka chodzącego po linie? Mówimy o takim linoskoczek, choć, dalibóg, rzadko się zdarza, że podskakuje podczas występu. Raczej posuwa się wolno do przodu, ostrożnie stawiając stopy jedna przed drugą na rozpiętej wysoko linie. Patrzy przed siebie, jakby zmierzał do niewidzialnego celu – spojrzenie w dół nie byłoby rozsądne. Dla lepszego utrzymania równowagi, niesie w dłoniach długą, giętką tyczkę, obciążoną na końcach. Linoskoczek – w tej nazwie pobrzmiewa polska, ułańska fantazja. Włosi i Francuzi wykazują się większą pokorą: funambolo, funambule, to ten, który po linie kroczy, a nie skacze.

Wpadł mi ostatnio w ręce zbiór wywiadów z siostrami zakonnymi, który przygotowała Ewelina Tondys, Habit zamiast szminki (Wydawnictwo Dolnośląskie, 2017). Te nietuzinkowe kobiety, spełnione duchowo i zawodowo, z dyplomami, sukcesami, goszczące na pierwszych stronach gazet, prowadzące bloga, odważne i twórcze, mają w zamyśle autorki obalić mit zahukanej i nieśmiałej zakonnicy. Przedsięwzięcie jest na tyle udane, że natychmiast, z przekory, pomyślałem o setkach zakonnic, które pracują w zakrystiach, na plebaniach, w kuchniach, pralniach, ogrodach, przedszkolach lub domach opieki i wcale nie są glamour. Bo przyznajmy, że tytułowe zestawienie habitu ze szminką jest jednak odrobinę glamour, jak wszystko dzisiaj: moda, jedzenie, rozrywka, wystrój wnętrz. Ba!, nawet chrześcijańska dobroczynność bywa glamour! Nie narzekam, ani nie krytykuję – obserwuję – po prostu takie czasy.

A moje mniszki z klasztoru za lasem nie są glamour. Ich habit, choć piękny, nie jest przebraniem, ale zwykłym strojem, bywa że nieco uciążliwym, zwłaszcza w upał. Podczas liturgii, niewielki kościół napełnia się prostym, łagodnym śpiewem, albo recytacją – co za ulga po latach basowego buczenia, lub polifonicznych uniesień braci dominikanów. W czasie adoracji Najświętszego Sakramentu zastygają ukryte pod czarnymi welonami. W kościele cisza. Kiedy wychodzą ona pozostaje. Przez okno widzę jak uwijają się w klasztornym obejściu, spotykam je czasem, rozmawiamy, śmiejemy się. Potem znowu długie godziny ciszy. Nic niezwykłego. Nie epatują nawet klauzurową kratą, która zwykle wzbudza nabożną grozę w gościach innych klasztorów. Tutejsze siostry od świata oddziela tylko murek z drewnianą ladą. Żadnego efekciarstwa. Są zasypywane prośbami o modlitwę i modlą się wytrwale, z uporem i determinacją, tak samo jak uprawiają ogród, sprzątają, gotują i studiują. W kilku skromnych pokoikach gościnnych przyjmują tych, którzy wpadają tu na dzień lub kilka, żeby pomodlić się i odpocząć. Kiedy, wyjeżdżając, dziękują siostrom za gościnę lub modlitwę one uśmiechają się z zażenowaniem: „Dziękować nam, ale za co? Ot, takie pobożne gospodynie domowe jesteśmy”.

Mnisze odosobnienie w jakiś przedziwny sposób pozwala być wszędzie i docierać do wszystkich. „W zeszłą sobotę byłam na Nanga Parbat – usłyszałem jakiś czas temu przy klauzurowym murku – Ja też chciałam towarzyszyć panu Tomaszowi. I może się Ojciec śmiać, ale ja wiem, że tam byłam”.

Gospodynie domowe? O, nie. Raczej kobiety, idące po naprężonej jak struna linie wiary, która jest jedynym uzasadnieniem ich życia. Patrzą przed siebie z nadzieją, to ona popycha je ku celowi, który raz kryje się w mrocznym obłoku, a kiedy indziej oślepia jasnością. Łatwo polecieć w dół. Więc, żeby uniknąć upadku na głowę niosą w rękach balast – miłość. Nie jakąś abstrakcyjną ideę miłości, ale konkretnych ludzi, ich sprawy, prośby, radości i lęki. Balast bywa ciężki, ale pozwala zachować równowagę, trzymać się pewniej chwiejnego podłoża.

Chyba wpadam w patos. I pewnie nieźle oberwie mi się za ten felieton, kiedy marcowy numer „W drodze” dotrze do Radoń. Jak opisywać prostotę? W znakomitej książeczce Inne życie (wyszła po polsku w 1988, może pora ją wznowić?) Bernardin Schellenberger pisał o życiu mnicha: „Tutaj wszystko jest nieskończenie proste i fascynująco bezpośrednie: Bóg „żyje” moim milczeniem … nie potrzebuję Mu służyć moją wiedzą, doświadczeniem, uczuciem, wzniosłymi ofiarami, pięknymi modlitwami; wystarczy, że jestem przy Nim, jako człowiek ubogi, pusty, bezradny, pytający, taki, jaki jestem zawsze. Po całej problematyce teologizowania i hermeneutyzowania, gdzie Bóg zdaje się być dostępny tylko jeszcze dla specjalistów, jakaż w tym myśleniu „demokratyzacja” dostępu do Boga!”.

W drodze 3 (2018)

Klucze (do) papieża – ciąg dalszy

Miesiąc temu pisałem o pierwszym kluczu do papieża Franciszka: on siebie nie kreuje, ale jest sobą. Jego gesty są oczywiście przemyślane, lecz nie wymyślone, zwrócone ku, a nie wymierzone przeciw. Ten klucz pozwala mi nie zatrzymywać się na powierzchni papieskich zachowań (czasem irytujących moją tradycyjną wrażliwość) i skłania do refleksji nad własnym życiem.

Dzisiaj czas na drugi klucz. Jest nim pragnienie podzielenia się z nami odpowiedzialnością za Kościół. Franciszek mówi: Nie oglądajcie się ciągle na papieża, idźcie do świata z przesłaniem Ewangelii. Gdy zachęcał młodych do „robienia hałasu”, nie chodziło mu przecież o oklaski, tylko o głoszenie słowem i czynem zbawienia w Chrystusie. Mamy na nowo uwierzyć, że jesteśmy żywym Kościołem. To, co piszę, brzmi patetycznie, owszem, ale to nie tylko słowa. Ot, choćby decyzja pozostawienia w każdej diecezji misjonarza miłosierdzia, który ma prawo uwalniać z kar kościelnych (na przykład z ekskomuniki), zarezerwowanych dotychczas wyłącznie dla Stolicy Apostolskiej. Co za ulga! Miałem już okazję zwracać się do Rzymu w sprawach penitentów – to dość skomplikowana procedura. Teraz mogę taką osobę odesłać do kompetentnego kapłana, który jest niedaleko i czeka na nią z posługą miłosierdzia. To bardzo konkretne zaproszenie papieża do współdzielenia odpowiedzialności z Urzędem Piotrowym.

Podobnie odczytuję wskazówki adhortacji Amoris laetitia (2016). Ileż już o tym napisano! A jeszcze list biskupów z regionu Buenos Aires i odpowiedź papieża: „Pismo jest bardzo dobre (…) Nie ma innych interpretacji”. Komentatorzy prześcigali się w analizach: walka ideologiczna, kardynalskie koterie, jad progresizmu, opór tradycjonalistów itp. Przeczytałem ów list uważnie i nie znalazłem tam nic gorszącego. Biskupi zaczynają od przestrogi, by nie traktować ewentualnego dopuszczania do sakramentów osób żyjących w związkach niesakramentalnych w kategoriach „pozwolenia”. A nieraz spotykałem się z podobną praktyką w polskim Kościele. Na pierwszą komunię dziecka „jeden raz wolno”. Kiedyś i do mnie przyszedł mężczyzna w podobnej sprawie. Przekonałem go, że więcej pożytku będzie, gdy porozmawia szczerze z synkiem i wyjaśni mu, dlaczego nie może przystąpić do komunii, choć bardzo by chciał, niż gdybym miał mu udzielić jednorazowego pozwolenia. Po jakimś czasie dostałem list, w którym dziękował mi za tę naszą wspólną decyzję: rozmowa z synem była trudna, lecz bardzo się przez nią do siebie zbliżyli.

W towarzyszeniu takim osobom – piszą dalej biskupi z Argentyny – należy przede wszystkim głosić kerygmat, czyli budzić w nich żywą wiarę, bo nie znajdujemy się w urzędzie, ale przed Bogiem, i chodzi o to, by nasze życie było w jak najczystszy sposób otwarte na Jego prawdę. Rozeznawanie niekoniecznie musi też doprowadzić do udziału w sakramentach – są inne sposoby zaangażowania w życie Kościoła. Można też wskazać ludziom możliwość zachowania wstrzemięźliwości, choć korzystanie z małżeńskiego łoża nie jest jedyną przeszkodą w przystępowaniu do sakramentów: należy pomyśleć np. o krzywdzie opuszczonych współmałżonków czy cierpieniu dzieci. Jeśli znalazłyby się jakieś ważne okoliczności łagodzące, dopuszczenie takich ludzi do sakramentu pojednania i komunii świętej mogłoby mieć miejsce, jednak tylko po dogłębnym i wspólnym rozeznaniu ich sytuacji względem Boga.

Bo życie bywa nieproste. Czy poprzednie małżeństwa były ważnie zawarte, czy zachodzi coś, co zmniejszałoby odpowiedzialność stron? Czas, zaangażowanie i ciągłe odniesienie do Chrystusa to dla rozeznawania takich sytuacji rzeczy najważniejsze. Podczas mojego pobytu we Francji niejednokrotnie słyszałem skargi na chorobę tamtejszych kapłanów, la réunionite, czyli „zebraniozę”: brak im czasu, bo są na ważnych zebraniach. Odsyłają więc wiernych z kwitkiem albo proponują szybkie rozwiązania: wolno – nie wolno. I u nas tak bywa…

Prawda, można nadużyć papieskiego zaproszenia do apostolskiej współodpowiedzialności. Znajdą się księża, ba! nawet biskupi, którzy ogłoszą, że „teraz wszystko wolno” i z góry udzielą błogosławieństwa na nieodpowiedzialne szafowanie sakramentami. Jeśli tak zrobią, to znaczy, że nie zrozumieli papieskiego przesłania. Ale czy taka ewentualność ma nas paraliżować? Droga, na którą zaprasza Franciszek, jest żmudna, długa i czasem bolesna dla duszpasterzy i dla wiernych przychodzących do nich po radę. Ale czy nie jest ona także sposobem odkrywania nowych, ożywczych źródeł miłosierdzia? Czy nie warto się wybrać na ich poszukiwanie?

W drodze 2 (2018)

Klucze (do) papieża

Moje miejsce na ziemi to klasztor za lasem. Zawiadują nim siostry – dwanaście dominikańskich mniszek. Ja mieszkam przy nich i służę im, jak umiem.

Świat klauzury ma w sobie dziwną moc przyciągania, dlatego nawet na codziennych porannych mszach oprócz mniszek bywa tu zawsze kilka osób, a w niedzielę kaplica wypełnia się po brzegi i trudno zaparkować samochód w najbliższej okolicy. Bo klasztor jest za lasem i trzeba do niego dojechać.

Za lasem. Nie za-górami-za-lasami, na skalnych szczytach czy w cienistej kniei, lecz właśnie za lasem. W oddaleniu, ale jednak blisko. Czasami więc przejeżdżam przez las, by gdzieś wygłosić rekolekcje, poprowadzić wykład, wziąć udział w uczonym sympozjum lub zagadać w radiu. Najczęściej jednak przebywam na miejscu. Tu wszystko odzyskuje właściwe proporcje: zwykłe sprawy zwykłych ludzi, których tu spotykam, stają się ważne, jak powinny być, a wielkie sprawy świata dobiegają tu, pogubiwszy gdzieś pośród drzew wysokie koturny.

Naczelny „W drodze” powiedział, że mam pisać o Kościele. Zgoda, ale z góry uprzedzam, że będę pisał zza lasu, czyli o Kościele, który za lasem spotykam, i o Kościele, który do mnie przez las dociera. Jestem dominikaninem, kapłanem, mediewistą i przez długie lata, kiedy mnie przedstawiano, dodawano „z Paryża” albo „z Rzymu”, albo „z Warszawy” – nie żałuję, że to już przeszłość. Teraz jestem „zza lasu”. I jestem szczęśliwy.

Ostatnio dużo myślę o papieżu Franciszku, bo co i rusz dochodzą tu do mnie echa różnych dyskusji, a nawet kłótni: Słyszałeś? Czytałeś? Koniecznie musisz się z tym zapoznać! Zapoznaję się więc zgodnie z moją naturą historyka, pomijając zbyteczne komentarze i starając się dotrzeć do źródeł. Czytam dokumenty, słucham papieskich wypowiedzi i szukam klucza, żeby zrozumieć człowieka, który z woli Boga zajmuje dzisiaj miejsce Piotra. W herbie papieskim umieszcza się zawsze dwa klucze, na pamiątkę słów Pana Jezusa wypowiedzianych do Apostoła: „Tobie dam klucze królestwa niebieskiego” (Mt 16,19). Chciałbym jednak klucze papieża zamienić na klucze do papieża, do tego papieża.

Dziś pierwszy z nich, proste stwierdzenie: Franciszek nie kreuje swojego wizerunku, on jest sobą. Ostatni papieże przyzwyczaili nas do pewnej dyskrecji: mieli swoje zainteresowania i pasje, ale skrywali je raczej, starając się przede wszystkim reprezentować Urząd. Piszę to słowo wielką literą z szacunku, bo mowa tu o wielkiej misji, do jakiej zostali powołani i przed którą ustąpić muszą wszelkie osobiste względy. Papież ma być papieżem. Oczywiście ze św. Jana Pawła II „wyłaził” często filozof, poeta i aktor, a z Benedykta XVI profesor teologii. Media, próbujące „przybliżać” nam zbyt hieratyczne według nich postacie, lubowały się w takich smaczkach. Nauczyliśmy się zatem myśleć, że papież oprócz bycia papieżem lubi jeździć na nartach albo pisać wiersze, hoduje koty lub właśnie przygotował nową teologiczną rozprawę. To „oprócz” jest tutaj bardzo ważne. Tak właśnie pojmowałem niektóre gesty Franciszka. Zamieszkał w watykańskim hotelu? Ach, to dlatego, że wychodzi z niego latynoamerykańska opcja na rzecz ubogich! Jeździ seryjnymi samochodami? To dlatego, że puszcza porozumiewawcze oko do tzw. prostego człowieka! Ot, takie wybryki, nauczy się być papieżem, zmądrzeje. Dowcipkowałem nawet, że przenosiny do Domu św. Marty można by porównać do ewentualnej decyzji Hiltona, że opuści swoją luksusową rezydencję i zamieszka w jednym z należących do niego hoteli, ha, ha! Po kilku latach zrewidowałem swoje myślenie, bo zrozumiałem, że Franciszek, kiedy chce mieszkać bliżej ludzi, po prostu jest sobą. A w luksusowych limuzynach po prostu się źle czuje.

Wybór imienia jest ważną wskazówką. Czy współcześni św. Franciszka nie szemrali po kątach, że przesadza? Trzebaż to się rozbierać do naga w obecności szanowanych obywateli i oddawać ojcu niechciane szaty? Czy nie można sobie darować całowania trędowatych? Czy żebranina i radosne piosenki to naprawdę jedyna forma przeżywania Ewangelii? Ale bo też nie o formę tu idzie ani o gest mający zadziwić publikę. Święty Franciszek po prostu żył, jak umiał, i wypełniał Ewangelię, jak ją rozumiał. Taki brak dystansu szokował w średniowieczu, szokuje także u obecnego papieża. Jeśli jednak będziemy go interpretować w kategoriach autokreacji lub przemycania jakiejś ideologii, to ryzykujemy, że rozminiemy się z człowiekiem, który wprawdzie nie umie do końca się skryć za Apostolskim Urzędem, robi jednak to, co umie – z całą szczerością oddaje mu siebie takiego, jakim jest.

W drodze 1 (2018)