Blog

W Bożym ogródku: Brat Pascal (1905–1966)

Był prawdziwym dzieckiem les années folles (szalonych lat). To czas po wielkiej wojnie 1914–1918, którą wszyscy starają się jak najszybciej zapomnieć: na dancingach tańczy się charlestona i shimmy, w kabaretach królują femmes fatales o włosach ściętych na chłopczycę, a w kawiarniach bohema ogłasza futurystyczne manifesty. Precz z konwenansem i klasyczną formą, w sztuce liczy się rewolucja! Alkohol i opium są wszędzie. Kiedy więc dwudziestoletni Jean Bourgoint i jego siostra pojawiają się w słynnym kabarecie Le Boeuf sur le Toi, natychmiast stają się maskotkami artystycznego światka. Są piękni, utalentowani, śmiali, a jednocześnie niosą w sobie jakieś zranienie, smutek zagubionej młodości i dojmujące poczucie samotności. Les enfants terribles… tak nazwie ich Jean Cocteau, który młodego Jeana uczyni na kilka lat swoim faworytem, a z pięknego rodzeństwa stworzy bohaterów jednej ze swoich głośnych powieści. Skandalizujący poeta, malarz i reżyser gromadzi wokół siebie młodych, zdolnych i przystojnych mężczyzn. Wspólnie tworzą, dyskutują, flirtują i palą opium, a Cocteau jest ich demiurgiem – inspiruje, zachęca, prowokuje. Jean Bourgoint należy do tej paczki.

W tym całym zamieszaniu pojawia się także wątek religijny. Katolicyzm nieoczekiwanie jawi się niektórym jako jedna z dróg do zrozumienia człowieka. Cocteau przyjaźni się z małżeństwem Maritainów: Jacques jest neotomistą, jednym z najważniejszych przedstawicieli współczesnej filozofii chrześcijańskiej, jego żona Raïssa towarzyszy mu w duchowych i intelektualnych poszukiwaniach.

W 1926 roku Jean Cocteau w towarzystwie jednego ze swoich świeżych akolitów Maurice’a Sachsa (późniejszego seminarzysty, wyrzuconego z seminarium za homoseksualny skandal, a w końcu konfidenta Gestapo, zamordowanego w nazistowskim więzieniu) doprowadzi Jeana Bourgoint do chrztu. Skromna uroczystość odbędzie się w prywatnej kaplicy Maritainów, a sakrament sprawować będzie przyjaciel domu, rumuński ksiądz, książę Włodzimierz Ghika (późniejszy protonotariusz apostolski, działacz ekumeniczny, zamęczony w Rumunii w stalinowskim więzieniu, beatyfikowany jako męczennik w 2013 roku). Ciekawe towarzystwo. W jednym ze swoich listów Bourgoint napisze później, że „do chrztu przywiodło go dwóch oszustów”, choć po latach odnowi znajomość z Cocteau, a po jego śmierci będzie bronił reputacji dawnego przyjaciela i mistrza.

Jean trochę pisze, maluje i rzeźbi, ale w pracy przeszkadza mu lenistwo i uzależnienie od narkotyków. Walczy z nim. Kolejne pobyty w szpitalach i klinikach nie na wiele się zdają. Służba wojskowa także nie przerywa nałogu – przepustki spędza w gronie przyjaciół, na miłostkach, w oparach opium. Czasem ulega duchowym porywom, odwiedza trapistów w Aiguebelle i benedyktynów w Solesmes. Jego ukochana siostra popełnia samobójstwo, ten sam los spotyka kilku z jego młodych przyjaciół. Mijają lata. Jean chwyta się dorywczych zajęć, wegetuje. W końcu znajduje przystań u zaprzyjaźnionego malarza Jeana Hugo. W wiejskiej posiadłości tego ostatniego, na południu Francji, spędza długie miesiące, pracując w ogrodzie i pomagając w pracach domowych. Wydaje się, że nic nie przełamie duchowego paraliżu. Ma czterdzieści dwa lata, kiedy zaprzyjaźniony dominikanin ojciec Ceslas Rzewuski, arystokrata, malarz i niegdysiejszy dandys, nakłania go do kilkumiesięcznego pobytu w dominikańskim klasztorze Saint-Maximin. Jean pracuje fizycznie w ogrodzie i gospodarstwie, nie wolno mu rozmawiać z braćmi, wolny czas spędza w samotności, jego jedynymi rozmówcami są przeor i mistrz nowicjatu. Te kilka miesięcy pozwala mu jednak nabrać sił, na horyzoncie pojawia się światło i prawda, którą od dawna przeczuwał, ale nie miał siły przyjąć: że Chrystus go kocha i chce go tylko dla siebie. W jednym z listów wyzna, że choć piękne i pociągające, życie dominikańskie „dawało zbyt wiele wolności, której ja, niestety, źle używam”. Ostatecznie wstępuje do trapistów w Citeaux jako brat konwers, przyjmując imię Pascal. Po siedemnastu latach dotknięty nagłym kryzysem wiary opuszcza Francję i udaje się do opactwa Grandselves w Kamerunie. To nie wystarcza, więc po kilku miesiącach brat Pascal za pozwoleniem przełożonych opuszcza klauzurę, by jako mnich samotnik służyć chorym na trąd w odległym Mokolo. Tam, jak napisze, na nowo odnalazł dom, proustowski „stracony czas”, a przede wszystkim żywą miłość Chrystusa. Rok później umiera w opinii świętości. Jego ciało przyjmie ziemia ukochanego leprozorium.

O bracie Pascalu usłyszałem wiele lat temu we Francji, a ostatnio przeczytałem jego korespondencję do przyjaciół wydaną w 1975 roku. Homoseksualista. Narkoman. Pokorny mnich. Sługa trędowatych. Ukochany Chrystusa. Kwiatek w Bożym ogródku.

W drodze 10 (2018)

W Bożym ogródku: Matka Genowefa

Na moim biurku album z rysunkami Marcelle Galois (1888-1962) znanej także pod zakonnym imieniem Mère Geneviève. Podarowały mi go kiedyś siostry benedyktynki z opactwa w Vauhallan, gdzie wygłaszałem kazanie podczas mszy świętej radiowej. Ich kościół ozdabiają witraże zaprojektowane przez Matkę Genowefę: postacie świętych i aniołów z wielkimi, wyrazistymi oczami, jak na dziecinnych obrazkach lub wczesnochrześcijańskich freskach.

Była jedyną córką dość zamożnych rodziców. Najpierw Akademia Sztuk Pięknych w Montpellier, a potem kariera karykaturzystki w najbardziej poczytnych czasopismach humorystycznych Paryża początków XX wieku. Bo choć Marcelle potrafiła malować impresjonistyczne pejzaże oraz pełne subtelności portrety, to najchętniej szkicowała życie i to w krzywym zwierciadle bulwarowych gazet. Jej ilustracje to prawdziwe satyry, bezlitosne dla bigotek i burżujów, wykpiwające śmieszność i brzydotę ulicznego światka. Jej ojciec, antyklerykał i postępowiec, był dumny z wyemancypowanej córki, której popularność w artystycznych kręgach paryskiej bohemy wciąż rosła. Kiedy więc, pomimo jego protestów, w 1917 roku Marcelle przekroczyła progi benedyktyńskiego klasztoru, zerwał z nią wszelkie kontakty, sprzedał dom i zamieszkał wraz z żoną w hotelu. Nie miał już dla kogo żyć.

Co się stało? Być może na jej decyzję miał wpływ matki – gorliwej katoliczki, a może doświadczenia Wielkiej Wojny, która wstrząsnęła Francją? To chyba jednak nie wszystko. Przed wstąpieniem do klasztoru Marcelle spaliła większość swoich prac. W tym geście szukam wyjaśnienia. I w jej rysunkach klasztornych, które leżą przede mną. Mam niemal pewność, że ta, która obserwowała świat oddając jego pokraczność, postanowiła przejść na drugą stronę i z obserwatora stać się uczestnikiem. Stać się pokraką, jak ludzie, których wyszydzała. Pokraką ukrytą pod zbyt obszernym welonem, odzianą w bury habit i wielkie czarne buciory. Bo takie są siostry, które maluje. Uchwycone przy modlitwie, sprzątaniu, oporządzaniu bydła, pieleniu ogrodu, w ciemnych barwach, w ekspresjonistycznych, dramatycznych pozach lub zamarłe w bezruchu kontemplacyjnego milczenia. Sto pięćdziesiąt rysunków, które ilustrują dzień w mnisiej klauzurze. Nie ma tu sielanki, uśmiechów, pejzaży i kwiatów tak dobrze znanych nam z różnych dzisiejszych „powołaniowych” ulotek. Nie ma wabienia, jest szara rzeczywistość. Dwie postaci w białych chustkach, otulone czarnymi płaszczami siedzą na ławie jak skazańcy w sądzie, nad nimi napis: postulantki. Gorzka autoironia!

Obrazkom często towarzyszą krótsze lub dłuższe komentarze, tworząc coś w rodzaju komiksu – prasowa przeszłość Matki Genowefy daje o sobie znać. Dzięki nim lepiej rozumiemy jej duchowość. Oto Chrystus grający na flecie zagląda przez okno do celi śpiącej zakonnicy, która trzyma przy uchu trąbkę, jakiej używają głusi: „Posłuchaj córko i nakłoń ucha twego serca (por. Ps 45, 11). Mam jedno ucho do słuchania ziemi, drugie do słuchania samej siebie, nie mam trzeciego, aby słuchać Ciebie”. A w innym miejscu, jakby na przekór: „Modlić się: mówić do Boga jak przyjaciel do przyjaciela. To dobre dla świętych, ale nie dla nas. A właśnie, że dla nas!”. Gdzie indziej zakonnica zatopiona w modlitwie na klęczkach przy prostym stole i napis: „Niedziela. Vacate et videte quoniam ego sum Deus (Ps 46, 11). Biedny rodzaj ludzki, oto jego najgorszy upadek – już na Mnie nie patrzy. Ma odwagę pracować, lecz nie ma odwagi, aby przestać działać. Ma odwagę służyć, lecz nie ma odwagi, by kochać”.

Pokraka w welonie oddała wszystko, aby wszystko otrzymać. Zrozumiała, że jest takie miejsce, w którym największa bieda lub brzydota świata odzyskuje swoją wartość i piękno. Tym miejscem jest serce Boga. Pisze: „Usłyszałam kiedyś od pewnej świeckiej osoby: ‚Ach, pragnęłabym tego życia w medytacji i tego rodzaju pracy!’. Oto koncepcja czysto filozoficzna, czyli ułożenie sobie życia tak, aby żyć. A to nie to. Życie zakonne jest ułożeniem sobie życia tak, aby je stracić, całkowicie wydać Bogu”. I jeszcze przy obrazku zakonnicy omiatającej pajęczynę: „Co ja mam z tą pracą! Wolałabym umrzeć! Znajdźmy jednak jakiś lek na tę moją ranę. O pająku, zamiast cię wyrzucać spróbuję zbadać twą duszę. Niszczymy mu jego pracę. Czy opuści ramiona i pogrąży się w płaczliwych narzekaniach? Żadną miarą. Powtarza to, co dyktuje mu jego boski instynkt: odbudowuje sieć. I czy teraz nadmie się z dumy i będzie tym zawracał głowę wszystkim dookoła? Ależ skąd! Zapomina o swoim dziele i, zasiadłszy w jego centrum, powraca do kontemplacji Boskiego Majestatu. O pająku, zamieszkaj pod sufitem mojego umysłu i nie opuszczaj go nigdy. Amen”.

Dziwne powołanie. Zwłaszcza dla tych, którzy patrzą na życie zakonne jak na równo przystrzyżony angielski trawnik. A przecież, jak mawia o. Leon Knabit, klasztory, to ogródki Pana Boga, wielkiego humorysty. Ten humorysta myli nam tropy i sadzi w klasztornych ogródkach rośliny naprawdę egzotyczne. Cieszę się, że posadził tam kiedyś paryską karykaturzystkę.

W drodze 9 (2018)

Wakacje

W pokoju zimno, za oknem szaro, z nieba siąpi leniwy deszcz – w Radoniach właśnie zaczął się lipiec. A jeszcze kilka dni temu spacerowałem po zalanych słońcem placach Rzymu, jadłem porchettę nad jeziorem Albano i szukałem cienia w wąskich uliczkach Rocca di Papa, Castel Gandolfo, Grottaferrata. W tym ostatnim miasteczku spędziłem kiedyś siedem lat, pracując dla dominikańskiej Commissio Leonina – grupy mediewistów przygotowujących wydanie krytyczne dzieł św. Tomasza z Akwinu. Postanowiliśmy więc wraz z czworgiem przyjaciół, z którymi spędzałem te krótkie wakacje, odwiedzić „moje”, a nawet „nasze” dawne miejsca. „Nasze”, bo jeden z nich, Rafał, dziś poważny i żonaty farmaceuta, odwiedzał mnie tutaj kilkakrotnie, gdy był jeszcze studentem. Legendarna pieśniarka francuska, Barbara, przestrzegała w jednej z piosenek: Il ne faut jamais revenir au pays de son enfance. Nie posłuchałem jej – w końcu nie wracam przecież do kraju lat dziecinnych!

Wiedziałem, że klasztor franciszkanów w Grottaferrata, gdzie na trzydzieści lat przycupnęli bracia dominikanie, po naszym odejściu został opuszczony także przez braci mniejszych. Potężny budynek z trzydziestych lat XX w. wraz z niemałym kawałkiem ziemi okazał się dla nich zbyt kosztowny w utrzymaniu. Nasz samochód zatrzymał się u wjazdu do posiadłości i od razu stało się jasne, że miejsce jest opuszczone – drzewa i krzewy rosnące przy drodze prowadzącej do klasztoru wybujały i zasłoniły znaczną część przejazdu. Po kilkuset metrach stanęliśmy przed zamkniętą bramą, na której ktoś napisał flamastrem, że domofon nie działa. Zaglądaliśmy przez sztachety, ale niewiele było widać. Nagle, zza węgła jednego z budynków wyszedł mężczyzna w roboczym ubraniu i ochronnych okularach – stróż. Wyjaśniłem mu krótko kim jestem. Znał historię franciszkańsko-dominikańskiej koabitacji w tych murach, otworzył więc bramę i wpuścił nas na teren wystawionego na sprzedaż klasztoru. Do środka nie mógł nas wpuścić, ale mogliśmy do woli spacerować wokół. Smutny widok. Przez zakurzone i gdzieniegdzie wybite okna widać było poskładane byle jak sprzęty: krzesła, szafy i półki. Na ceglanych ścianach, obok źle opatrzonych rynien wykwitły białe liszaje wilgoci. Dawniej zadbane dziedzińce zarosły trawą. Spory oliwny sad, zasadzony tutaj za moich czasów przez jednego z franciszkańskich gwardianów, ledwie było widać wśród wybujałych chwastów. W tym miejscu przez dziesiątki lat zakonni uczeni studiowali pisma średniowiecznych teologów i filozofów, a znakomita biblioteka gościła badaczy nie tylko z Rzymu. Dominikanie: Bataillon, Gauthier, Guyot… franciszkanie: Bougerol, Cenci… – te nazwiska ściągały z całego świata historyków doktryn i wydawców tekstów żródłowych. Zazdrościli nam ciszy, spokoju, czasu poświęcanego wyłącznie na studia i pięknych widoków na niedalekie wzgórza starożytnego Tusculum. Teraz było tu pusto, a cisza nie była ciszą życia i pracy – była ciszą śmierci.

Przytłoczeni tym widokiem przejechaliśmy kilkanaście kilometrów, by zatrzymać się pod murami dawnego klasztoru Dominikanek z Betanii w Fontana Candida. Rafał spędził tu kiedyś z przyjaciółmi kilka tygodni, pomagając siostrom w ogrodowych pracach. I ja bywałem tu często: kazania, konferencje, rekolekcje, spotkania z siostrami i licznie gromadzącymi się tutaj wiernymi. Obraz był jeszcze gorszy niż w Grottaferrata. Przez dziurę w płocie weszliśmy na teren opuszczonej posiadłości. Ją także wystawiono na sprzedaż. Wszystkie drzwi i okna były pootwierane, wnętrza zdewastowane, nawet kable wyrwano ze ścian. W kaplicy przywitały nas wysuszone zwłoki zdechłego szczura, ołtarz był rozbity, szyby potłuczone, wszędzie pełno było śmieci i połamanych sprzętów.

Nie myślałem o sytuacji Kościoła na Zachodzie. Myślałem o moim życiu. Podniosłem kurtynę zapuszczoną nad moją przeszłością i zobaczyłem żałośnie zniszczoną scenografię moich dawnych dni, pustą i bez życia. Żona Lota, gdy spojrzała za siebie, zamieniła się w słup soli. W głowie zabrzmiały mi wersy kochanego Jana z Czarnolasu: Fraszki to wszytko, cokolwiek myślemy, fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy… Wszystko to minie jako polna trawa. I, jakby na pocieszenie, wyświechtane od nadmiernego używania przy różnych okazjach, słowa Adama Asnyka: Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe. Jednak dopiero powróciwszy do klasztoru za lasem odnalazłem w sobie słowo ostateczne: Zostaw umarłym, grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże (Łk 9, 60).

Już idę, Panie, już idę.

W drodze 8 (2018)

Jezusowa kompania

Jedna z kąśliwych historyjek, którymi dominikanie lubią się wymieniać z jezuitami, opowiada jak to jeden z członków Towarzystwa Jezusowego, chcąc sprowokować napotkanego dominikanina zwrócił się do niego: Ojcze, podobno bracia kaznodzieje potrafią powiedzieć kazanie o czymkolwiek… Oczywiście! – zgodził się skromnie nasz współbrat. A zatem – kontynuował jezuita – proszę o kazanie na temat pierwszych słów Pana Jezusa po narodzeniu! Dominikanin zaczął od wzruszającego opisu ubożuchnej stajenki, w której znaleźli schronienie święci rodzice wraz z Dzieciątkiem. To ostatnie śpi słodko w niewygodnym żłobie. Lecz nagle, o radości!, Dziecię otwiera błękitne oczęta, spogląda przed siebie – baran, w lewo – osioł, w prawo – wół i wyciągnąwszy do nich rączki woła radośnie: O, Towarzystwo Jezusowe!

Był majowy wieczór. W kaplicy klasztoru za lasem, zalanej złotym światłem chylącego się ku zachodowi słońca, śpiewaliśmy Litanię Loretańską. Oprócz sióstr i kapelana jeszcze trzy osoby: mama z kilkunastoletnią córką dotkniętą głębokim autyzmem oraz – zbieg okoliczności – nauczycielka dziewczynki. Zuzia z mamą przychodzą często na wieczorne śpiewanie litanii. Dziewczynka na początku obchodzi kilkakrotnie kaplicę, oswaja się, a potem siada na „swoim” miejscu pod ścianą i nuci z nami melodię. Tego wieczoru nauczycielka po raz pierwszy usłyszała jej śpiew – w szkole trudno jest Zuzię do tego przekonać. Byliśmy gdzieś w połowie litanijnych wezwań, gdy usłyszałem jak z tyłu otworzyły się drzwi, a po chwili bardzo chwiejnym krokiem przemaszerował przez środek pijany mężczyzna: krótkie włosy, czarny podkoszulek, jakieś wojskowe spodnie i reklamówka w ręku. Ukląkł ciężko w pierwszej ławce i zaczął się rozglądać. Obrócił głowę i ujrzawszy Zuzię, tak już pozostał. Wpatrywał się w nią długą chwilę – lekko zaniepokojony kontrolowałem sytuację kątem oka – po czym przeżegnał się zamaszyście, wstał, przyklęknął przed Najświętszym Sakramentem i ruszył ku wyjściu wciąż mocno się zataczając. Przy drzwiach zatrzymał go koszyk, do którego ludzie wrzucają intencje, odczytywane podczas modlitwy wiernych na niedzielnych Mszach świętych. Wziął kartkę i długopis, pisał coś mozolnie, w końcu wyszedł. Sprawdziłem na wszelki wypadek. Tekst brzmiał: „Żeby zakonnice …”, a dalej nieczytelne zupełnie esy-floresy. Nie wiem co miało być treścią, więc podczas odczytywania intencji w Boże Ciało po prostu poprosiłem obecnych o modlitwę za niego. Sam również pamiętałem o nim w różańcu.

Jezu otoczony tłumem / ślepców, kalek, trędowatych, śpiewamy w jednym z hymnów brewiarzowych, myśląc o bezdrożach Galilei lub wąskich uliczkach starożytnej Jerozolimy. A to przecież o nas! Tego wieczoru, w radońskiej kaplicy, Chrystusa otaczał Jego Kościół – Jezusowa kompania, towarzystwo Jezusowe. Kompania, w której masa rannych, słabych, kalekich, smutnych, lub sfrustrowanych ludzi idzie za Panem, tak jak potrafi. I niech nie zmylą nas pozory – nie jest bardziej baranem i osłem ten, kto właśnie zalatuje alkoholem, lub ma trudności z wydobyciem głosu. Mniszka w czarnym welonie, pijany facet, ksiądz, chora dziewczynka i tylu innych – wszyscy się tutaj zmieszczą i nie do nas należy wyznaczać im miejsce w szeregu. Bo Jezusowa kompania nie rekrutuje tak, jak korporacyjni specjaliści od HR-u. Chrystus mówi: Jeśli chcesz pójść za mną, nie myśl o sobie, weź swój krzyż i patrz na mnie (por. Łk 9, 23). To wszystko. Żadnych barier, warunków, przeszkód, ograniczeń. W naszym społeczeństwie gdzie słowo „tożsamość” coraz częściej rymuje się ze słowem „wykluczenie” (dziwna to jakaś poezja!), ta ewangeliczna otwartość jest jak świeży powiew w smrodliwej piwnicy.

Przypominam sobie zdanie, które przeczytałem wiele lat temu w Rationale divinorum officiorum Wilhelma Duranda, biskupa Mende (XIII w.). Dzieło to w metaforyczny sposób opisuje liturgię Kościoła, poczynając od samej świątyni, przez szaty, naczynia, gesty, aż do układu liturgicznego kalendarza. Było prawdziwym bestsellerem i wznawiano je regularnie bodaj do XIX stulecia. Czytamy tam: [Ecclesia] quandoque meretrix figuratur … quia nulli claudit gremium redeunti ad se (Figurą Kościoła bywa też czasem nierządnica, gdyż ta nie zamyka łona przed nikim, kto do niej powraca). Dzisiaj, nie użyłbym pewnie tego porównania z ambony – zbyt wiele mogłoby wywołać nieporozumień, lecz nie ukrywam, że jego dosadność wciąż mnie zachwyca i inspiruje moje myślenie o Jezusowej kompanii, której na imię Kościół.

W drodze 7 (2018)

Zamknięte kościoły

Księgi pokutne (Libri poenitentiales)1, powstałe pomiędzy VI a XI stuleciem, zawierają szczegółowe wykazy kar i pokut, jakie kapłan powinien zaaplikować penitentom zgłaszającym się z prośbą o odpuszczenie grzechów. Pokuta często miała charakter publiczny. Najciężsi grzesznicy, na przykład zabójcy, nie mieli prawa wstępu do kościoła, lecz podczas nabożeństw stali na zewnątrz odziani w pokutny wór. Dla innych było miejsce jedynie w kruchcie kościoła, gdzie niejako z oddali i niewyraźnie mogli posłyszeć słowa świętej liturgii. Jeszcze inni dopuszczani byli do wnętrza, jednak musieli opuścić kościół przed ofiarowaniem. Byli wreszcie i tacy, którzy wprawdzie mogli pozostać do końca, lecz nie wolno im było składać darów, ani przyjmować komunii świętej.

Ten starożytny zwyczaj, zaniechany już w średniowieczu, odżył na moich oczach w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku, w małej wiosce na Podhalu. Nowy proboszcz ze zdumieniem stwierdził, że na niedzielnym nabożeństwie widzi w kościele same kobiety – mężczyźni stali na zewnątrz, bądź w przedsionku kościoła. Przez kilka tygodni prosił, namawiał, przekonywał – bez skutku. W końcu umieścił na tablicy ogłoszeń wielki plakat z kolorowym napisem: „W pierwszych wiekach chrześcijaństwa przed kościołem lub w kruchcie stali: zabójcy, zdziercy, cudzołożnicy …”. W następną niedzielę, pod chórem wprawdzie, ale już w środku, tłoczyła się gromada zakłopotanych gazdów.

Przypomniałem sobie o tym, kiedy kilka tygodni temu, odwiedzając moją rodzinną miejscowość, postanowiłem zajść do fary, nazywanej tu potocznie „dużym kościołem”. To serce miasta, centralny plac, a na jednej z jego pierzei stoi ona – wystrzelająca w górę dwoma wieżami, ceglana neogotycka świątynia. Nasza duma! Bardzo potrzebowałem znaleźć się w tym miejscu, gdzie zostałem ochrzczony, przyjąłem pierwszą komunię świętą i gdzie kiedyś tyle razy zachodziłem pomodlić się i popłakać w zacisznej kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej, którą od reszty kościoła oddzielała ciężka, purpurowa zasłona. Cieszyła mnie myśl, że znowu otuli mnie to potężne i strzeliste wnętrze, które nie przytłacza lecz podnosi; że popatrzę na witraż Maryi Królowej, trzymającej w dłoni – zamiast berła – kądziel z lnianą przędzą; że raz jeszcze, niezmiennie, zachwycą mnie secesyjne kwiaty: maki, chabry, lilie, malwy, słoneczniki i chryzantemy, pyszniące się z witraży w bocznych nawach i spojrzę z respektem na odzianego w zbroję Archanioła Michała, który depcze pokonanego diabła na szczycie bocznego ołtarza.

Była niedziela, wczesne popołudnie. Wszedłem przez uchylone wejście jednej z naw i klops! Maleńki przedsionek i wewnętrzne, przeszklone drzwi zamknięte na cztery spusty. Przed drzwiami klęcznik. Cóż za zachęcające do modlitwy i skupienia miejsce! Mogę sobie popatrzeć przez szybkę na boczną nawę, gdzie daleko, na końcu można dostrzec obraz Jezusa Miłosiernego. Boże, miłosierdzia! Przecież nie jestem złodziejem, nie mam też niecnych zamiarów zbezczeszczenia świętego miejsca, przecież to mój kościół! No dobrze, może nie zasłużyłem na więcej, więc klęknę tu sobie jak publiczny pokutnik, pewnie mi się przyda. Nie na długo mi jednak starczyło pobożnych myśli – przyznaję. Zza uchylonych okutych drzwi dobiegał gwar barowych ogródków, a ja nerwowo oczekiwałem, że zaraz ktoś wejdzie i trzeba będzie ustąpić mu miejsca, bo klęcznik jest tylko jeden i w dodatku niezbyt dużych rozmiarów.

Wyszedłem i pomyślałem, że mam temat na kolejny felieton. No bo powiedzcie sami, jak mamy oswajać się z naszymi świątyniami, jak mamy znaleźć w nich sobie nasze ulubione miejsce do modlitwy i skupienia, jak mamy się w nich zadomowić, skoro odbijamy się od zamkniętych drzwi? Wiem, że złodzieje, wiem, że hordy złowrogich satanistów, ale może są inne sposoby by chronić świątynie?

A bywa jeszcze gorzej. Jedna z moich znajomych, rodowita krakowianka, zamieszkała w Warszawie poszła kiedyś do wawelskiej katedry na poranną mszę, jak to miała we zwyczaju, gdy była jeszcze nastolatką. Po skończonej liturgii zmierzała wolno ku wyjściu boczną nawą, zatrzymując się przy grobie świętej królowej Jadwigi, gdy nagle wyrósł przed nią strażnik i oświadczył sucho: Za zwiedzanie się płaci!

Kochani bracia w kapłaństwie, gospodarze naszych kościołów, proszę, nie zamykajcie ich przed nami, pozwólcie nam się w nich chronić! Bo inaczej staną się pięknymi i wzniosłymi pomnikami przeszłości. Pięknymi, ale pustymi.

1Księgi pokutne, tekst łaciński, grecki i polski, oprac. A. Baron i H. Pietras SJ, Wydawnictwo WAM, Kraków 2011.

W drodze 6 (2018)

Wiara i kultura

Kraków, trzydzieści lat temu. Ja, dominikański student, siedzę na dyżurze w zakrystii naszej bazyliki. Do kontuaru podchodzi staruszka, urocza babinka w kwiecistej chustce na siwych włosach, okryta grubą sukienną zapaską – przyjechała spod Krakowa, żeby „u świętego Jacka” zamówić mszę świętą za zmarłego męża. Kiedy szukam odpowiedniej daty i godziny w zakrystyjnym rejestrze, ona spostrzega umieszczony pod szybą, na ladzie, plakat zapowiadający kolejny Tydzień Kultury Chrześcijańskiej, którego hasłem jest zdanie Jana Pawła II: Wiara rodzi kulturę. Babcia myśli chwilę, a potem odzywa się do mnie w te słowa:

  • Ma racje tyn nas papiez!

Pomyślałem sobie coś w rodzaju: „cóż ty, kobiecino możesz z tego zrozumieć”, i widocznie wyraz mojej twarzy zdradził sekret myśli, gdyż kobieta dodała:

  • No, ma racje, mówię braciskowi. Widzi bracisek, ja tu przysłam na msze dać za mojego zmarłego chłopa. On w Boga mało co wiezył, pił, łokrutnik strasny był i cęsto mnie bił. Tak mnie proł, ze ja od tego ogłuchłam na jedno ucho. I tak sobie myślę, ze jakby on był bardzij wiezący, to on by nie był taki łokrutny i by mnie tak nie proł. Bo wiara rodzi kulturę, bracisku, racje ma nas papiez.

Spokorniałem natychmiast i przyrzekłem sobie na przyszłość nie wydawać o ludziach pochopnych sądów, nawet po cichu.

Wzajemne relacje pomiędzy wiarą a kulturą stały się w ciągu ostatnich dziesięcioleci jednym z dominujących tematów chrześcijańskiego dyskursu. Pisali o tym i mówili papieże, teologowie, filozofowie, socjologowie, artyści, politycy i kaznodzieje. Choćby niezapomniany ojciec Jan Góra: słynne spotkania młodych na Lednicy były i są nie tylko wydarzeniami religijnymi, liturgicznymi i modlitewnymi, ale także estetycznymi, gdzie tworzy się specyficzną muzykę, tańce i pieśni, a całość ma charakter uduchowionego spektaklu. Wątki religijne przewijają się w filmie, teatrze, literaturze i wydaje się, że chrześcijaństwo wciąż inspiruje, stwarzając system symboli i odniesień, które pozwalają wszelkiego rodzaju twórcom mierzyć się z podstawowymi pytaniami człowieka o sens życia i śmierci, o miłość, wierność, lub heroiczną ofiarę z siebie. Czy jednak owo przekuwanie wiary w kulturę przynosi dobre skutki?

W Polsce od jakiegoś czasu, tak zwane „wartości chrześcijańskie” w sferze szeroko rozumianej kultury – oprócz sztuki mam tu na myśli także kulturę społeczną i polityczną – w wyraźnie wzmożony sposób otrzymują poparcie ze strony instytucji i mediów państwowych. Jak zatem wyjaśnić to, co możemy codziennie obserwować w tych samych mediach, a mianowicie, że potrafimy z taką łatwością być agresywni, zjadliwi, aroganccy i demagogiczni? Że chwilowe zwycięstwo w takiej czy innej debacie ważniejsze jest niż szacunek i prawda? Zapominamy o tym, z czego znakomicie zdawała sobie sprawę staruszka z podkrakowskiej wsi: że wiara ma rodzić kulturę … osobistą, pojętą jako świadome przeżywanie życia na sposób, którego nauczał Jezus z Nazaretu. Idzie o takie podejście do ludzi i środowiska, które weźmie pod uwagę, że wszystko, co nas otacza jest darem dobrego Boga, a my, stworzeni na Jego obraz i podobieństwo jesteśmy braćmi i siostrami, nie dlatego, że jakaś rewolucja kazała wykuć braterstwo w spiżu i granicie, ale dlatego, że mamy tego samego Ojca w niebie.

Zwiedzałem francuskie katedry, chodziłem uliczkami niderlandzkich miasteczek, gdzie nad odrzwiami starych domów królują kamienne Madonny, podziwiałem przysłowiową uczciwość Skandynawów, solidność Niemców, radosną pobożność Włochów – to wszystko ślady chrześcijańskiej kultury. A gdzie jest w tym wszystkim Chrystus, Bóg-Człowiek, Zbawiciel świata, gdzie wiara i nadzieja na zmartwychwstanie i życie wieczne? Opowiadałem kiedyś we Francji anegdotę o tym, jak w czasach sowieckich ktoś ze zwiedzających wystawę ikon w petersburskim Ermitażu zapytał przewodniczkę, dlaczego ta pani na obrazach zawsze trzyma na ręku chłopczyka, a nigdy dziewczynkę. Moi słuchacze zaśmiali się serdecznie nad komsomolską ignorancją, ale jeden z nich dodał po chwili: „U nas też tak niedługo będzie”.

Pośród ornamentów chrześcijańskiej kultury, my w Polsce skaczemy sobie do gardeł, oni – tam w Europie – bronią za wszelką cenę „dyskretnego uroku burżuazji”. My – niepomni przykazania miłości, oni – niepomni, że królestwo Chrystusa nie jest z tego świata. A przecież nas uczono…

Siedzę w klasztorze za lasem i powtarzam cicho: Boże, miej miłosierdzie dla nas i świata całego.

W drodze 5 (2018)

Apel wielkanocny

Rozpoczęliśmy kwiecień gromkim Alleluja! w noc Wigilii Paschalnej. Zanim jednak zebraliśmy się wokół świecy paschalnej i poszliśmy w rezurekcyjnych procesjach, to stanęliśmy w kolejkach do sakramentu pojednania. Spowiednicy mieli pełne ręce roboty. Pamiętam, jak kiedyś powłócząc nogami wychodziłem z kościoła na Służewie po kolejnym dyżurze w konfesjonale podczas Wielkiego Tygodnia i natknąłem się na młodego mężczyznę, który krzyczał do telefonu: „Tak, jeszcze spowiadają! Przyjeżdżajcie!”. Nie wiedział biedak, że śmierć przeszła obok… Powstrzymała mnie wizja prasowych nagłówków: „Czy spowiedź może zaszkodzić? Szalony dominikanin zepchnął ze schodów niedoszłego penitenta!”. A wyspowiadać się trzeba, bo przecież Komunia święta wielkanocna – o czym pouczył nas Sobór Laterański IV (rok 1215), a przypomina aktualny Katechizm Kościoła Katolickiego (nr 2042) – to obowiązek każdego wiernego. Nie, wcale nie zamierzam utyskiwać na eucharystyczną oziębłość tych, którzy przyjęcie Ciała Pańskiego, traktują jako zwyczaj do odbębnienia, ani też podśmiechiwać się z tych, którzy ten zaszczytny obowiązek zamieniają na przyniesienie do kościoła – również raz do roku – koszyczka ze święconką. Od dłuższego czasu niepokoi mnie coś innego.

Oto ktoś klęka, patrząc na mnie z wyzwaniem: „Wiem, że tamuję procesję, ale ja przyjmuję Komunię właśnie na kolanach i co mi zrobisz?”. Osoby za nim tłumią westchnienia, lub przewracają znacząco oczami. Oto ktoś inny podchodzi i wyciągając nieśmiało dłonie, spogląda spłoszonym wzrokiem: „Da na rękę, czy będzie usiłował mi wepchnąć Hostię do ust? A może udzieli nagany?”. I tak, miast w radosnym skupieniu przeżywać najbardziej wyjątkowe spotkanie z Bogiem, ludzie zajmują się sobą: boją się, strzykają żółcią lub dokonują miniaturowych manifestacji. Z księżmi bywa nie lepiej: na własne oczy widziałem jak kapłan odmawiał udzielenia Komunii dopóki znajdujący się przed nim wierny nie powstał z kolan. A w latach osiemdziesiątych, podczas studiów w Krakowie, byłem pouczany, że jeśli ktoś, podchodząc do Komunii, wyciągnie dłonie, to – domniemywając, iż taka osoba nie może być Polakiem – należy z uśmiechem, ale stanowczo powiedzieć mu po angielsku: „Forbidden”, i dać do zrozumienia, żeby otworzył usta.

Tymczasem instrukcja Redemptionis sacramentum Kongregacji ds. Kultu Bożego poucza: „Wierni przyjmują Komunię świętą w postawie klęczącej lub stojącej, zgodnie z postanowieniem Konferencji Episkopatu, zaaprobowanym przez Stolicę Apostolską” (nr 90). A biskupi polscy, w roku 2005, postanowili jednogłośnie, że: „w Polsce Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś poprosi, gestem wyciągniętej dłoni, o Komunię św. na rękę, należy mu Jej w taki sposób udzielić”. W tym samym roku arcybiskup Stanisław Gądecki pisał w liście pasterskim: „Przepisy liturgiczne mówią o dwojakiej [postawie]: klęczącej bądź stojącej. W Polsce dozwolone są obydwie. Biskupi polscy zalecają procesyjne podchodzenie do stołu Pańskiego, gdyż wyraża ono lepiej istotę Eucharystii – pokarmu, który umacnia człowieka na drodze do wieczności”.

Dlaczego więc dajemy posłuch różnym harcownikom, którzy próbują nas przekonać, że przyjmując Komunię świętą na stojąco, lub na rękę grzeszymy ciężko i kara nas nie ominie? Przypominają się pseudo-objawienia maryjne w Oławie, gdzie rzekoma Matka Boża obwieszczała, iż kapłan, który by udzielał Komunii na rękę, lub osobom w postawie stojącej, choćby nawet dostąpił zbawienia, to jego palce, którymi tak podawał Ciało Pańskie płonąć będą w piekle. Prawdziwa łże-eschatologia! Czy zbezczeszczenia i świętokradztwa nie dokonywały się również wtedy, gdy powszechnie klękano przed balaskami zasłanymi białym obrusem? Czy ręce nasze naprawdę niegodne są dotykania Świętych Postaci, skoro godny jest język i żołądek?

Zwracam się więc do wszystkich z wielkanocnym apelem. Kochani siostry i bracia, którzy przyjmujecie Komunię na klęcząco, proszę, nie myślcie, że jesteście bardziej pobożni niż inni! A wy, którzy przyjmujecie Komunię na rękę – nie myślcie, że jesteście bardziej od innych wyrobieni teologicznie. Wy zaś, którzy przyjmujecie Komunię procesyjnie i do ust – jak większość – nie myślcie, że jesteście jedynymi normalnymi w tym całym towarzystwie! My zaś, kapłani, nie róbmy fochów, znieśmy trochę niedogodności wynikających z praw wiernych, bo nie jesteśmy właścicielami Eucharystii, ale jej sługami!

Niech ustaną wszelkie gniewy i spory, a pośrodku nas niech będzie Chrystus”. Chrystus, a nie nasze poglądy.

W drodze 4 (2018)

 

Idące po linie

Widzieliście kiedyś człowieka chodzącego po linie? Mówimy o takim linoskoczek, choć, dalibóg, rzadko się zdarza, że podskakuje podczas występu. Raczej posuwa się wolno do przodu, ostrożnie stawiając stopy jedna przed drugą na rozpiętej wysoko linie. Patrzy przed siebie, jakby zmierzał do niewidzialnego celu – spojrzenie w dół nie byłoby rozsądne. Dla lepszego utrzymania równowagi, niesie w dłoniach długą, giętką tyczkę, obciążoną na końcach. Linoskoczek – w tej nazwie pobrzmiewa polska, ułańska fantazja. Włosi i Francuzi wykazują się większą pokorą: funambolo, funambule, to ten, który po linie kroczy, a nie skacze.

Wpadł mi ostatnio w ręce zbiór wywiadów z siostrami zakonnymi, który przygotowała Ewelina Tondys, Habit zamiast szminki (Wydawnictwo Dolnośląskie, 2017). Te nietuzinkowe kobiety, spełnione duchowo i zawodowo, z dyplomami, sukcesami, goszczące na pierwszych stronach gazet, prowadzące bloga, odważne i twórcze, mają w zamyśle autorki obalić mit zahukanej i nieśmiałej zakonnicy. Przedsięwzięcie jest na tyle udane, że natychmiast, z przekory, pomyślałem o setkach zakonnic, które pracują w zakrystiach, na plebaniach, w kuchniach, pralniach, ogrodach, przedszkolach lub domach opieki i wcale nie są glamour. Bo przyznajmy, że tytułowe zestawienie habitu ze szminką jest jednak odrobinę glamour, jak wszystko dzisiaj: moda, jedzenie, rozrywka, wystrój wnętrz. Ba!, nawet chrześcijańska dobroczynność bywa glamour! Nie narzekam, ani nie krytykuję – obserwuję – po prostu takie czasy.

A moje mniszki z klasztoru za lasem nie są glamour. Ich habit, choć piękny, nie jest przebraniem, ale zwykłym strojem, bywa że nieco uciążliwym, zwłaszcza w upał. Podczas liturgii, niewielki kościół napełnia się prostym, łagodnym śpiewem, albo recytacją – co za ulga po latach basowego buczenia, lub polifonicznych uniesień braci dominikanów. W czasie adoracji Najświętszego Sakramentu zastygają ukryte pod czarnymi welonami. W kościele cisza. Kiedy wychodzą ona pozostaje. Przez okno widzę jak uwijają się w klasztornym obejściu, spotykam je czasem, rozmawiamy, śmiejemy się. Potem znowu długie godziny ciszy. Nic niezwykłego. Nie epatują nawet klauzurową kratą, która zwykle wzbudza nabożną grozę w gościach innych klasztorów. Tutejsze siostry od świata oddziela tylko murek z drewnianą ladą. Żadnego efekciarstwa. Są zasypywane prośbami o modlitwę i modlą się wytrwale, z uporem i determinacją, tak samo jak uprawiają ogród, sprzątają, gotują i studiują. W kilku skromnych pokoikach gościnnych przyjmują tych, którzy wpadają tu na dzień lub kilka, żeby pomodlić się i odpocząć. Kiedy, wyjeżdżając, dziękują siostrom za gościnę lub modlitwę one uśmiechają się z zażenowaniem: „Dziękować nam, ale za co? Ot, takie pobożne gospodynie domowe jesteśmy”.

Mnisze odosobnienie w jakiś przedziwny sposób pozwala być wszędzie i docierać do wszystkich. „W zeszłą sobotę byłam na Nanga Parbat – usłyszałem jakiś czas temu przy klauzurowym murku – Ja też chciałam towarzyszyć panu Tomaszowi. I może się Ojciec śmiać, ale ja wiem, że tam byłam”.

Gospodynie domowe? O, nie. Raczej kobiety, idące po naprężonej jak struna linie wiary, która jest jedynym uzasadnieniem ich życia. Patrzą przed siebie z nadzieją, to ona popycha je ku celowi, który raz kryje się w mrocznym obłoku, a kiedy indziej oślepia jasnością. Łatwo polecieć w dół. Więc, żeby uniknąć upadku na głowę niosą w rękach balast – miłość. Nie jakąś abstrakcyjną ideę miłości, ale konkretnych ludzi, ich sprawy, prośby, radości i lęki. Balast bywa ciężki, ale pozwala zachować równowagę, trzymać się pewniej chwiejnego podłoża.

Chyba wpadam w patos. I pewnie nieźle oberwie mi się za ten felieton, kiedy marcowy numer „W drodze” dotrze do Radoń. Jak opisywać prostotę? W znakomitej książeczce Inne życie (wyszła po polsku w 1988, może pora ją wznowić?) Bernardin Schellenberger pisał o życiu mnicha: „Tutaj wszystko jest nieskończenie proste i fascynująco bezpośrednie: Bóg „żyje” moim milczeniem … nie potrzebuję Mu służyć moją wiedzą, doświadczeniem, uczuciem, wzniosłymi ofiarami, pięknymi modlitwami; wystarczy, że jestem przy Nim, jako człowiek ubogi, pusty, bezradny, pytający, taki, jaki jestem zawsze. Po całej problematyce teologizowania i hermeneutyzowania, gdzie Bóg zdaje się być dostępny tylko jeszcze dla specjalistów, jakaż w tym myśleniu „demokratyzacja” dostępu do Boga!”.

W drodze 3 (2018)

Klucze (do) papieża – ciąg dalszy

Miesiąc temu pisałem o pierwszym kluczu do papieża Franciszka: on siebie nie kreuje, ale jest sobą. Jego gesty są oczywiście przemyślane, lecz nie wymyślone, zwrócone ku, a nie wymierzone przeciw. Ten klucz pozwala mi nie zatrzymywać się na powierzchni papieskich zachowań (czasem irytujących moją tradycyjną wrażliwość) i skłania do refleksji nad własnym życiem.

Dzisiaj czas na drugi klucz. Jest nim pragnienie podzielenia się z nami odpowiedzialnością za Kościół. Franciszek mówi: Nie oglądajcie się ciągle na papieża, idźcie do świata z przesłaniem Ewangelii. Gdy zachęcał młodych do „robienia hałasu”, nie chodziło mu przecież o oklaski, tylko o głoszenie słowem i czynem zbawienia w Chrystusie. Mamy na nowo uwierzyć, że jesteśmy żywym Kościołem. To, co piszę, brzmi patetycznie, owszem, ale to nie tylko słowa. Ot, choćby decyzja pozostawienia w każdej diecezji misjonarza miłosierdzia, który ma prawo uwalniać z kar kościelnych (na przykład z ekskomuniki), zarezerwowanych dotychczas wyłącznie dla Stolicy Apostolskiej. Co za ulga! Miałem już okazję zwracać się do Rzymu w sprawach penitentów – to dość skomplikowana procedura. Teraz mogę taką osobę odesłać do kompetentnego kapłana, który jest niedaleko i czeka na nią z posługą miłosierdzia. To bardzo konkretne zaproszenie papieża do współdzielenia odpowiedzialności z Urzędem Piotrowym.

Podobnie odczytuję wskazówki adhortacji Amoris laetitia (2016). Ileż już o tym napisano! A jeszcze list biskupów z regionu Buenos Aires i odpowiedź papieża: „Pismo jest bardzo dobre (…) Nie ma innych interpretacji”. Komentatorzy prześcigali się w analizach: walka ideologiczna, kardynalskie koterie, jad progresizmu, opór tradycjonalistów itp. Przeczytałem ów list uważnie i nie znalazłem tam nic gorszącego. Biskupi zaczynają od przestrogi, by nie traktować ewentualnego dopuszczania do sakramentów osób żyjących w związkach niesakramentalnych w kategoriach „pozwolenia”. A nieraz spotykałem się z podobną praktyką w polskim Kościele. Na pierwszą komunię dziecka „jeden raz wolno”. Kiedyś i do mnie przyszedł mężczyzna w podobnej sprawie. Przekonałem go, że więcej pożytku będzie, gdy porozmawia szczerze z synkiem i wyjaśni mu, dlaczego nie może przystąpić do komunii, choć bardzo by chciał, niż gdybym miał mu udzielić jednorazowego pozwolenia. Po jakimś czasie dostałem list, w którym dziękował mi za tę naszą wspólną decyzję: rozmowa z synem była trudna, lecz bardzo się przez nią do siebie zbliżyli.

W towarzyszeniu takim osobom – piszą dalej biskupi z Argentyny – należy przede wszystkim głosić kerygmat, czyli budzić w nich żywą wiarę, bo nie znajdujemy się w urzędzie, ale przed Bogiem, i chodzi o to, by nasze życie było w jak najczystszy sposób otwarte na Jego prawdę. Rozeznawanie niekoniecznie musi też doprowadzić do udziału w sakramentach – są inne sposoby zaangażowania w życie Kościoła. Można też wskazać ludziom możliwość zachowania wstrzemięźliwości, choć korzystanie z małżeńskiego łoża nie jest jedyną przeszkodą w przystępowaniu do sakramentów: należy pomyśleć np. o krzywdzie opuszczonych współmałżonków czy cierpieniu dzieci. Jeśli znalazłyby się jakieś ważne okoliczności łagodzące, dopuszczenie takich ludzi do sakramentu pojednania i komunii świętej mogłoby mieć miejsce, jednak tylko po dogłębnym i wspólnym rozeznaniu ich sytuacji względem Boga.

Bo życie bywa nieproste. Czy poprzednie małżeństwa były ważnie zawarte, czy zachodzi coś, co zmniejszałoby odpowiedzialność stron? Czas, zaangażowanie i ciągłe odniesienie do Chrystusa to dla rozeznawania takich sytuacji rzeczy najważniejsze. Podczas mojego pobytu we Francji niejednokrotnie słyszałem skargi na chorobę tamtejszych kapłanów, la réunionite, czyli „zebraniozę”: brak im czasu, bo są na ważnych zebraniach. Odsyłają więc wiernych z kwitkiem albo proponują szybkie rozwiązania: wolno – nie wolno. I u nas tak bywa…

Prawda, można nadużyć papieskiego zaproszenia do apostolskiej współodpowiedzialności. Znajdą się księża, ba! nawet biskupi, którzy ogłoszą, że „teraz wszystko wolno” i z góry udzielą błogosławieństwa na nieodpowiedzialne szafowanie sakramentami. Jeśli tak zrobią, to znaczy, że nie zrozumieli papieskiego przesłania. Ale czy taka ewentualność ma nas paraliżować? Droga, na którą zaprasza Franciszek, jest żmudna, długa i czasem bolesna dla duszpasterzy i dla wiernych przychodzących do nich po radę. Ale czy nie jest ona także sposobem odkrywania nowych, ożywczych źródeł miłosierdzia? Czy nie warto się wybrać na ich poszukiwanie?

W drodze 2 (2018)

Klucze (do) papieża

Moje miejsce na ziemi to klasztor za lasem. Zawiadują nim siostry – dwanaście dominikańskich mniszek. Ja mieszkam przy nich i służę im, jak umiem.

Świat klauzury ma w sobie dziwną moc przyciągania, dlatego nawet na codziennych porannych mszach oprócz mniszek bywa tu zawsze kilka osób, a w niedzielę kaplica wypełnia się po brzegi i trudno zaparkować samochód w najbliższej okolicy. Bo klasztor jest za lasem i trzeba do niego dojechać.

Za lasem. Nie za-górami-za-lasami, na skalnych szczytach czy w cienistej kniei, lecz właśnie za lasem. W oddaleniu, ale jednak blisko. Czasami więc przejeżdżam przez las, by gdzieś wygłosić rekolekcje, poprowadzić wykład, wziąć udział w uczonym sympozjum lub zagadać w radiu. Najczęściej jednak przebywam na miejscu. Tu wszystko odzyskuje właściwe proporcje: zwykłe sprawy zwykłych ludzi, których tu spotykam, stają się ważne, jak powinny być, a wielkie sprawy świata dobiegają tu, pogubiwszy gdzieś pośród drzew wysokie koturny.

Naczelny „W drodze” powiedział, że mam pisać o Kościele. Zgoda, ale z góry uprzedzam, że będę pisał zza lasu, czyli o Kościele, który za lasem spotykam, i o Kościele, który do mnie przez las dociera. Jestem dominikaninem, kapłanem, mediewistą i przez długie lata, kiedy mnie przedstawiano, dodawano „z Paryża” albo „z Rzymu”, albo „z Warszawy” – nie żałuję, że to już przeszłość. Teraz jestem „zza lasu”. I jestem szczęśliwy.

Ostatnio dużo myślę o papieżu Franciszku, bo co i rusz dochodzą tu do mnie echa różnych dyskusji, a nawet kłótni: Słyszałeś? Czytałeś? Koniecznie musisz się z tym zapoznać! Zapoznaję się więc zgodnie z moją naturą historyka, pomijając zbyteczne komentarze i starając się dotrzeć do źródeł. Czytam dokumenty, słucham papieskich wypowiedzi i szukam klucza, żeby zrozumieć człowieka, który z woli Boga zajmuje dzisiaj miejsce Piotra. W herbie papieskim umieszcza się zawsze dwa klucze, na pamiątkę słów Pana Jezusa wypowiedzianych do Apostoła: „Tobie dam klucze królestwa niebieskiego” (Mt 16,19). Chciałbym jednak klucze papieża zamienić na klucze do papieża, do tego papieża.

Dziś pierwszy z nich, proste stwierdzenie: Franciszek nie kreuje swojego wizerunku, on jest sobą. Ostatni papieże przyzwyczaili nas do pewnej dyskrecji: mieli swoje zainteresowania i pasje, ale skrywali je raczej, starając się przede wszystkim reprezentować Urząd. Piszę to słowo wielką literą z szacunku, bo mowa tu o wielkiej misji, do jakiej zostali powołani i przed którą ustąpić muszą wszelkie osobiste względy. Papież ma być papieżem. Oczywiście ze św. Jana Pawła II „wyłaził” często filozof, poeta i aktor, a z Benedykta XVI profesor teologii. Media, próbujące „przybliżać” nam zbyt hieratyczne według nich postacie, lubowały się w takich smaczkach. Nauczyliśmy się zatem myśleć, że papież oprócz bycia papieżem lubi jeździć na nartach albo pisać wiersze, hoduje koty lub właśnie przygotował nową teologiczną rozprawę. To „oprócz” jest tutaj bardzo ważne. Tak właśnie pojmowałem niektóre gesty Franciszka. Zamieszkał w watykańskim hotelu? Ach, to dlatego, że wychodzi z niego latynoamerykańska opcja na rzecz ubogich! Jeździ seryjnymi samochodami? To dlatego, że puszcza porozumiewawcze oko do tzw. prostego człowieka! Ot, takie wybryki, nauczy się być papieżem, zmądrzeje. Dowcipkowałem nawet, że przenosiny do Domu św. Marty można by porównać do ewentualnej decyzji Hiltona, że opuści swoją luksusową rezydencję i zamieszka w jednym z należących do niego hoteli, ha, ha! Po kilku latach zrewidowałem swoje myślenie, bo zrozumiałem, że Franciszek, kiedy chce mieszkać bliżej ludzi, po prostu jest sobą. A w luksusowych limuzynach po prostu się źle czuje.

Wybór imienia jest ważną wskazówką. Czy współcześni św. Franciszka nie szemrali po kątach, że przesadza? Trzebaż to się rozbierać do naga w obecności szanowanych obywateli i oddawać ojcu niechciane szaty? Czy nie można sobie darować całowania trędowatych? Czy żebranina i radosne piosenki to naprawdę jedyna forma przeżywania Ewangelii? Ale bo też nie o formę tu idzie ani o gest mający zadziwić publikę. Święty Franciszek po prostu żył, jak umiał, i wypełniał Ewangelię, jak ją rozumiał. Taki brak dystansu szokował w średniowieczu, szokuje także u obecnego papieża. Jeśli jednak będziemy go interpretować w kategoriach autokreacji lub przemycania jakiejś ideologii, to ryzykujemy, że rozminiemy się z człowiekiem, który wprawdzie nie umie do końca się skryć za Apostolskim Urzędem, robi jednak to, co umie – z całą szczerością oddaje mu siebie takiego, jakim jest.

W drodze 1 (2018)